Akcja „Choruję, więc gram”

Do wczoraj była długa przerwa we wpisach, ale z Bloga nie rezygnuję, o nie. Po prostu choróbsko wredne mnie dopadło i nie miałem ani sił, ani ochoty pisać. Kiedy już mi się polepszyło, coś było trzeba robić. Najlepiej nadrabiać zaległości, dokańczać napoczęte tytuły oraz wypróbować gierki, na które nie miało się do tej pory czasu.

O ile nie pracujecie na nockach w recepcji hotelu, na pewno macie ten sam problem, co ja: za dużo napoczętych gier, za dużo nieobejrzanych seriali, za dużo kupionych, a nigdy nie otwartych książek na półce. Po prostu za mało czasu. To już nie czasy liceum albo studiów, w moim przypadku. Chcąc być na bieżąco, często muszę wybierać gry wyłącznie najlepsze (i najlepiej najkrótsze), ew. prześlizgywać się po nich, choćbym miał ochotę wsiąknąć na dobre. Dlatego L4 było zbawieniem – po pierwsze dlatego, że czułem się okropnie i nie miałem ochoty wychodzić z łóżka. Po drugie, bo kiedy mi się polepszyło, mogłem nadrobić nieco zaległości.

Donkey Kong Country: Tropical Freeze

Zaraz na początku choroby udało mi się w końcu ukończyć bardzo przeze mnie oczekiwanego Donkey Konga. Trochę mi to zajęło, ale nie chciałem się ścigać z grą, raczej się nią smakować i grać tylko, kiedy miałem ochotę, a nie na siłę. Przyznam, że dwóch ostatnich bossów trochę krwi mi napsuło i pomagałem sobie kupionymi w growych sklepie itemkami. No cóż, taka trochę lama bez skilla i manuala ze mnie wyszła 😉 Teraz jestem na etapie odkrywania sekretów, choć nie wiem, jak długo to potrwa. Już teraz jestem pewien, że nie mam zamiaru robić Time Triali ani Hard Mode, puzzli może poszukam z nudów. Na pewno chcę pozbierać wszystkie napisy KONG na planszach, no i oczywiście odkryć każdy ukryty level, bo w końcu ich design jest największą mocą gry. Ale dzisiejsze zmagania z „bezczekpointowymi” planszami 2-K i 3-K były zabawne przez pierwsze naście prób, a potrzebowałem ich drugie tyle. Więcej frustracji niż zabawy w tym było, choć satysfakcję na koniec również odczułem.

tropical freeze 3-k

Zbieranie KONGów wjeżdża mi jednak na ambicję, pomimo wstrętu do masterowania gier, a wiąże się z tym historii z moich growych początków. Praktycznie jedyną własną grą na moją pierwszą konsolę – Game Boy Pocket – był Donkey Kong Land. Przeszliśmy ją z bratem na wylot, ale nigdy nie zdobyłem literki N w jednej z ostatnich planszy. Mimo usilnych prób i zacięcia, jakie miał w tamtych czasach grający 10-latek z oryginalną grą. Potem GBP poszedł na sprzedaż wraz z grą, a w domu zjawił się PSX… Teraz mam szansę na zemstę 😉

Professor Layton and the Miracle Mask

Jestem wielkim fanem Laytonów począwszy od pierwszej części, która wyłączyła mnie z życia na dwie doby – tyle zajęło mi skończyć The Curious Village, a musiałem ją skończyć, zanim mogłem powrócić do normalnego życia. Pierwsza trylogia Laytona to dla mnie ścisła czołówka najlepszych gier zeszłej generacji i prawdziwe objawienie czasów NDS. Jednak początek drugiej, retrospekcyjnej, trylogii trochę mnie zmęczył i Spectre’s Call ukończyłem bardziej z obowiązku. Dlatego tak długo zwlekałem z zakupem The Miracle Mask, ale to była słuszna decyzja. Grę ukończyłem bez pośpiechu, ale też bez większych przerw między sesjami, z wielką przyjemnością. A do tego udało mi się zarazić Laytonomanią moją dziewczynę! :) Teraz na premierę wciągnę sobie Professor Layton vs. Phoenix Wright, potem znów ciut odczekam i w okolicach wakacji zabiorę się za Azran Legacy.

Lego City Undercover

Grę skończyłem już dawno, co zresztą wiecie już odkąd wrzuciłem na Bloga recenzję 😉 Ale nie ustaję w dobiciu do 100%, co w przypadku tej gry jest projektem wielomiesięcznym. Nie dość, że to gra Lego pełna zbieractwa, to jeszcze o skali GTA. No i nie gram w LCU bez przerwy, raczej co jakiś czas mam zrywy. W trakcie choroby taki mi się właśnie trafił i przeskoczyłem z niecałych 50% na 65%! Odkrywając przy tym całkiem sporo sprytnie ukrytych nawiązań do Mario – w końcu co exclusive, to exclusive :) Następny przystanek: 3/4 zebranych klocków!

lego 1

 

lego 3

 

lego 5

House of Cards 2

Zanim nabrałem na tyle sił, że chciało mi się grać, najpierw dogorywałem przy telewizji, serialach i filmach. Dzięki czemu w końcu udało mi się zacząć drugi sezon House of Cards! Serial uwielbiam, tak samo Kevina Spacey od czasów K-Paxa, a drugi sezon na razie nie zawodzi (jeszcze nie skończyłem). Zdecydowanie highlight tego roku do tej pory, bo Sherlock totalnie rozczarował, zaś True Detective… No cóż, jak wszyscy zajarałem się po pierwszym odcinku, ale jak niewielu ostatecznie poczułem niedosyt. Choć sam ostatni odcinek mi się podobał, to jednak serial nie okazał się tym, co po pierwszym odcinku zdawał mi się obiecywać.

Cosmos

Moją największa nierealizowaną pasją i zaniedbywanym hobby jest astronomia, a właściwie astrofizyka. Gdybym mógł się cofnąć w czasie do czasów liceum, bardzo możliwie, że przysiadłbym do matmy i poszedł studiować astrofizykę, a nie filologię angielską. Ograniczam się obecnie niestety do książek, artykułów i programów popularnonaukowych. Choć im mniej popularne, a bardziej naukowe, tym lepiej. Dlatego pierwszy odcinek Cosmosu z Neilem Tysonem traktuję jako superefektowną zapowiedź tego, że do prawdziwej nauki jeszcze dojdziemy. Na razie odcinek nr 1 podsumował stan wiedzy o wszechświecie na dzień dzisiejszy – w bardzo przystępny, kolorowy i pięknie zwizualizowany sposób. Wyglądało to, i mam nadzieję, że się nie mylę, na taki tutorial, aby się upewnić, że wszyscy stoimy na tym samym gruncie, zanim zagłębimy się w najnowsze odkrycia i najbardziej zaskakujące teorie naukowe. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że program reżyseruje producent serialowych Star Treków, Brannon Braga? Widać to w sugestywnie wyrenderowanych planetach :) A wiedzieliście, że jednym z wybijających się astrofizyków młodego pokolenia jest Polak, Nikodem Popławski? Niedawno o jego teorii dot. czarnych dziur pisało Daily Mail.

Mars: War Logs

Wracając do hasła „Choruję, więc gram”, ale nie opuszczając tematyki kosmicznej, tuż przed pierwszych kichnięciem w promocji na Steamie pojawiło się Mars: War Logs. Jest to taki średniobudżetowy Mass Effect, niepozbawiony wad i niedoróbek, ale za to umiejscowiony na Marsie w niedalekiej przyszłości. Gra podobno ma bardzo dobry klimat sci-fi i całkiem bogate backstory, ciągnęło mnie więc do niej od dawna, jednak do tej pory ciągle była za droga. Aż tu nagle… niecałe 4 euro :) Grę włączyłem dopiero raz i przebiłem się przez intro i samouczki, ale pewnie jeszcze o niej tutaj przeczytacie.

mars war logs

Trochę się uzewnętrzniłem, nie? Ale nawet nie wiecie, jak się cieszę, że mi się udało podomykać kilka gier, a inne w końcu konkretniej ogarnąć. Nie lubię być chory, zwłaszcza dwa razy pod rząd, ale trudno ukryć, że miewa to czasem swoje jaśniejsze strony 😉

3 thoughts on “Akcja „Choruję, więc gram”

  1. W tym wypadku to raczej zazdroszczę. Też przydałoby mi się parę dni luzu.

  2. Granie w chorobie jest fajne, ale nie jak antybiotyk rozwala ci żołądek i przez 3h zwijasz się z bólu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>