Moje 30 minut z MGS V: Ground Zeroes
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Nigdy nie lubiłem się z serią Metal Gear Solid. W pierwszej części na PSXa doszedłem do walki z Ocelot. Potem, kiedy byłem nieco starszym i lepszym graczem, niewiele dalej w The Twin Snakes na GameCubie. Pomyślałem, że teraz może będzie inaczej. Oto zapis moich pierwszych 30 minut z grą.

Od MGSa chyba zawsze odrzucało mnie to, że nie rozumiałem do końca zasad, jakimi rządzi się rozgrywka. Nigdy nie potrafiłem przewidzieć, czym przykuję uwagę strażników, a czym nie, przez gra wydawała mi się losowa i umowna. Szczególnie ta umowność mogła być winą ówczesnych sprzętów, teraz była szansa na więcej realizmu. Niestety, mój pierwszy kontakt z grą nie napawa mnie optymizmem.

Większość z moich pierwszych i na razie jedynych 30 minut z MGS V to oczywiście intro, w klasycznym stylu Kojimy. Całkiem fajne, choć absolutnie nic nie mówią mi padające w trakcie nazwy. Plus widziałem je już wcześniej całe w sieci, bodajże przy pierwszym pokazie gry. Ale nic tam spoko jest. Choć dziwne, że Skull Face łazi cały czasu po deszczu z gołą czachą, a kiedy wsiada do helikoptera to zakłada kapelusz. Kojima logic!

No nic, gramy. Gra mówi mi, żeby sprawdzić sobie w opcjach sterowanie. Z racji braku doświadczenia z serią, chętnie to robię i… zacinam grę. Ponieważ kontrolsy nie znajdują się w menu gry, jak Bóg przykazał, tylko w necie, z którym musi połączyć się konsola. A że akurat coś mi wi-fi zaszwankowało w domu, to była zjebka.

Nie poznałem sterowanie, więc kiedy zakradłem się za plecy pierwszego strażnika, ten mnie usłyszał zanim dowiedziałem się, co wcisnąć. Restart. Za drugim razem poszło mi już lepiej. Wspiąłem się na wieżyczkę strzelniczą i zdjąłem po cichu przeciwnika. Niestety schodząc byłem nieuważny i zauważył mnie jego kumpel.

O, checkpoint – pomyślałem, kiedy po restarcie odrodziłem się tu przy furtce, już po zejście z wieżyczki. Postąpiłem kilka kroków i… alarm. Zauważył mnie koleś z wieży, który, jak się okazało, się odrodził. Trzecie podejście: strażnik załatwiony, wkradłem się niepostrzeżenie do obozu. Jedzie ciężarówka, więc chowam się za najbliższą osłoną, która wygląda, jakby właśnie po to tam stała. Chuja tam. Ciężarówka podjeżdża, żołnierze wyskakują z szoferki, wszczynają alarm i zaczynają strzelać.

Więcej grać tego dnia sił już nie miałem. Absolutnie nie czaję, jakimi zasadami rządzi się rozgrywka. Nie mam pojęcia, czy mam być uważny i kreatywny. Czy może mam przechodzić metodą prób i błędów, jak Dragon’s Lair. Z niewiedzy rodzi się frustracja.

Jeśli kiedyś się z seria przeproszę, to jeszcze nie dzisiaj.